Cóż za kontrast. Jedna z najbardziej przejmujących, straszliwych historii jakie czytałam, a napisana brylantowym stylem. Autobiograficzna opowieść o pełnych przemocy dzieciństwie i młodości przekazana została prostymi obrazami, ale miałam odczucie, jakby ktoś mi ją rozrysowywał skalpelem wprost na sercu.
Historia strachu, niedostosowania, poniżenia, narastającej goryczy, którą autor wydał po sześćdziesiątce. Przypuszczam, że dopiero po latach był w stanie zejść w to głęboko ukryte, cuchnące strachem miejscem, przypomnieć sobie tamto biedne, biedne dziecko, swój początek.
Zawsze budzi mój podziw, gdy ktoś tak stłamszony się podnosi. Skąd bierze siłę, by normalnie żyć? Albo nawet nienormalnie, jak Bukowski – alkoholik, hazardzista, kurwiarz – ale dzielnie, twórczo, nie ustając w ciągłym zmaganiu?
Zastanawia tytuł książki. W oryginale to ham on rye, czyli, jak tłumaczy małżonek (światowiec), najzwyczajniejsza amerykańska kanapka. Czy więc chodzi o to, że jest to niestety zupełnie zwyczajna historia, typowa dla Stanów lat '20 i '30? A może to całkowicie mylny trop?
Z niesmakiem odkryłam, że w BiblioNETce Z szynką raz! jest otagowane hasłem "humor". Ale potem spojrzałam na cytat z powieści, który sobie zaznaczyłam: Turgieniew pisał bardzo serio, ale czasem mnie śmieszył, bo prawda przy pierwszym zetknięciu może budzić śmiech. No właśnie. A dalej to leci tak: Kiedy ktoś zna tę samą prawdę co ty i zwraca się z nią specjalnie do ciebie, to po prostu jest super. Panie Charlesie, to było niestety po prostu super.
Książkę przeczytałam w ramach DKK.
Moja ocena: 5,5/6
BiblioNETka: 4,92/6
