środa, 15 marca 2017

Andrzej Śliwa "Ścigając marzenia", czyli co dziwi Marsjan

http://www.taniaksiazka.pl/scigajac-marzenia-w-pogoni-za-zlotem-andrzej-sliwa-p-809142.html?abpid=1331&abpcid=11&utm_source=pp&utm_medium=cps&utm_campaign=ads4books
Matthew McConaughey wie, co zrobić, by wyglądać fatalnie, i nie ma oporów przed oszpecaniem się w kolejnych filmowych wcieleniach. Ale i tak zaskoczył mnie jego look z wchodzącego właśnie na ekrany filmu Gold. Że też zwykła łysinka może spaskudzić tak pięknego mężczyznę?!

Ponieważ boski Matthew nie będzie rozpraszał urodą, spokojnie można się skupić na śledzeniu fabuły filmu, dotyczącej największego przekrętu w historii wydobycia złota. Nadążanie za zawiłościami afery kruszcowej ułatwi nam, oprócz wzmiankowanych braków w owłosieniu głównego bohatera, lektura książki Ścigając marzenia: W pogoni za złotem, istnego almanachu wiedzy o złocie i szmaragdach, gdzie i ta sprawka została opisana.

Generalnie złoto nic mnie nie obchodzi. Podzielam, cytowane w książce, zdanie Warrena Buffetta:
W Afryce lub innym miejscu kopiemy głęboki dół, z którego wydobywamy złoto i płacimy za wydobycie, następnie wypławiamy złote sztaby i płacimy za to, kopiemy inny dół, chowamy złoto w tym dole i płacimy ludziom, aby go pilnowali. Nie używamy złota do niczego. Ktoś z Marsa byłby... zdziwiony.

Ale już informacja, że w mojej obrączce może być okruch złota wydobyty przez więźniów GUŁAG-u albo ze starożytnych kopalni Egiptu, daje do myślenia. A to dlatego, że dotychczas złoto było w ciągłym obiegu. Nie zużywa się przecież, tylko zmienia właścicieli lub jest przetapiane. Dopiero obecnie, pierwszy raz w historii, część złota opuszcza obieg wraz z telefonami komórkowymi, lądującymi na wysypiskach śmieci.

Podobnych, arcyciekawych, a nawet niekiedy nieprawdopodobnych na pierwszy rzut oka informacji jest w książce na kopy. Przykładowo spróbuj sobie wyobrazić, jaki obszar zajęłoby złoto dotychczas wydarte ziemi? Pomyśl o tych wszystkich kapiących złotem kościołach, o wszystkich obrączkach, kołach w uszach, o zębach nie zapominając... Jak już sobie coś tam wyimaginowałeś, to pogódź się z prawdą, że to całe złoto zmieściłoby się w przeciętnym basenie. Fajnie, nie?

Andrzej Śliwa, bardzo doświadczony geolog, snuje gawędę (takie określenie chyba najlepiej oddaje styl autora) na temat historii wydobycia kruszców i kamieni szlachetnych od najdawniejszych czasów oraz wprowadza czytelnika we wszystkie fazy prowadzące do uzyskanie złotych sztabek. Całkiem lubię zagłębiać się w zupełnie sobie nieznane obszary, ale w tym wypadku byłam zdumiona, że temat tak wciąga.

Ponieważ autor latami pracował jako geolog poszukiwacz, na różnych kontynentach i z bardzo różnymi ekipami, czytelnik zostanie uraczony wieloma pysznymi anegdotami. Jeśli miałabym się koniecznie przyczepiać, to żal mi, że anegdoty są zebrane w osobny rozdział, a nie okraszają całego tekstu. Byłoby to naturalniejsze i czytałoby się jeszcze sympatyczniej, bo ciepła i otwarta osobowość autora z tych dykteryjek najbardziej przeziera.

Drugi smuteczek powodowany jest broszurową oprawą i mizernym materiałem ilustracyjnym. Przypuszczam, że nieznany szerzej autor, choćby był najlepiej piszącym w Polsce geologiem (zaraz się okaże, że po geologii są Pilch z Tokarczuk...), nie może w wydawnictwie wybrzydzać. Niemniej szkoda.

Tak czy siak, zawsze cieszy, gdy ktoś, kto po kilkudziesięciu latach pracy mógłby już sobie, dajmy na to, leniuchować na zapiecku, postanawia podzielić się swoim doświadczeniem. Zwłaszcza, gdy robi to w dobrym stylu.

Moja ocena: 4,5/6
BiblioNETka: 4,5/6

Ścigając marzenia: W pogoni za złotem / Andrzej Śliwa, wyd. Poligraf, Brzezia Łąka 2016.

sobota, 25 lutego 2017

Bestseller?! Jakoś tak wyszło...


Nie potrafię dociec, dlaczego dana książka nagle robi się nieprawdopodobnie popularna. Czy wystarczy sympatyczna okładka poparta dużą kasą władowaną w marketing, by ludzie byli skłonni wydać pieniądze w zamian za wiedzę, że miło jest wieczorem posiedzieć przy świeczkach i porajdać nad kubkiem herbaty (przypadek Hygge. Klucz do szczęścia)?


A jak jest w przypadku Genialnej przyjaciółki, która okładkę ma nijaką, chyba nie wyskakiwała z każdej gazety i portalu, a jednak co chwila o niej słyszałam w zeszłym roku? Od wydania minęły 2 lata, więc może to klasyczny marketing szeptany? Może opowieść o dwóch dziewczynkach dorastających w ubogiej dzielnicy Neapolu broni się sama, bo faktycznie cudowna?

sobota, 18 lutego 2017

Andrzej Maleszka "Magiczne drzewo: Inwazja", czyli co w komandoskim ekwipunku robi cukiernica?

http://www.taniaksiazka.pl/magiczne-drzewo-tom-8-inwazja-andrzej-maleszka-p-806547.html?abpid=1331&abpcid=11&utm_source=pp&utm_medium=cps&utm_campaign=ads4books
Zeźlił mnie Andrzej Maleszka tym tomem. Może to było do przewidzenia, że w końcu w cyklu trzymającym wysoki poziom musi się pojawić tom pośledni, ale nie umniejszyło to mojej irytacji.

Pierwsze książki z serii Magiczne drzewo czytałam z dziećmi z wypiekami na twarzy. Wprawdzie dostawałam zadyszki umysłowej, bo kolejne przygody deptały po piętach tej dopiero rozpoczętej i nie było chwili wytchnienia, ale dzieci widać uwielbiają taki stan ciągłego napięcia.

czwartek, 9 lutego 2017

Agnieszka Graff, Sutowski Michał "Graff: Jestem stąd"

http://www.taniaksiazka.pl/graff-jestem-stad-graff-agnieszka-sutowski-michal-p-505906.html?abpid=1331&abpcid=11&utm_source=pp&utm_medium=cps&utm_campaign=ads4books
Dość często spotykam kobiety wykształcone, odnoszące sukcesy zawodowe kobiety które wypowiadając się na jakieś społeczne tematy, zaznaczają na wstępie, że nie są feministkami. Skąd u nich ta potrzeba odżegnywania się na wyprzódki, łatwo odgadnąć. W powszechnej świadomości feministka to histeryczna, samotna wariatka itd. I właśnie dlatego super, że jest ten wywiad. Mając w swych szeregach taką rzeczową, twardo stąpającą po ziemi, będącą w szczęśliwym związku kujonkę (jak sama o sobie mówi Graff) feminizm zyskuje nowy wizerunek.

czwartek, 26 stycznia 2017

90 powieści, czyli wymarzona lista czytelnicza

Jakże miło zasysa człowieka to układanie list! Mogłabym jeszcze długo ciągnąć tę zabawę, ale chciałabym w końcu poświęcić odrobinę czasu na czytanie pozycji z tej oraz poprzednio ułożonej kolekcji.

Stanęło na 90 książkach (pewnie z książkami czytanym w ramach DKK zrobi się ta standardowa stówa). Tego, co poniżej zapisane, chcę się trzymać, by uniknąć lektur przypadkowych, wybieranych impulsywnie. Co nie znaczy, że kilka z poniższych pozycji nie zostało dopisanych pod wpływem kaprysu.

czwartek, 19 stycznia 2017

100 (z haczykiem) książek niebeletrystycznych, które chcę przeczytać

Rok bez czytania powieści!?

No, skąd! Powieści też będą, ale limitowane. Poczułam po prostu, że chcę czytać trochę głębiej. Wiercić tematy. A są takie, które mnie pewnie nigdy nie opuszczą: prawa zwierząt itp. (w planach 8 książek), macierzyństwo, wychowanie, uczenie się (9), II wojna i Holokaust (7). Ostatnio za sprawą Agnieszki Graff feminizm puka do bram...

czwartek, 12 stycznia 2017

Bezkrwawa rewolucja, czyli noworocznego alfabetu cz. 5 i ostatnia


P jak PANNICE PIÓRA
W 2016, zgodnie z zamierzeniem, udało mi się skubnąć nieco prozy młodych polskich pisarek. Bo jak to tak nie znać Masłowskiej? Więc już ją znam troszkę i niereprezentatywnie, bo Więcej niż możesz zjeść: Felietony parakulinarne to raczej jakaś robótka na boku niż opus magnum. Zaskakujące, dowcipne, językowo rozgibane, chcę jeszcze.

Nocne zwierzęta Patrycji Pustkowiak zyskały spory rozgłos, miały świetną okładkę, a nawet nominację do nagród. I co? I oj, fu, fu, a kysz mi z taką literaturową, wtórniacką dyktą.

niedziela, 8 stycznia 2017

W końcu najlepsze książki 2016, czyli noworoczny alfabet, cz. 4

L jak LEGIMI
Jeszcze pół roku temu polecałam Legimi ostrożnie. Obecnie trudno by mi było się bez niego obejść. Finansowo opłaca się właściwie już przy pobieraniu jednej książki miesięcznie (ja korzystam z czytelni Play, czyli płacę niecałe 20 zł) –  a więc mole książkowe korzystają szalenie. Do tego jaka to oszczędność czasu! Żadnego szukania, żadnych zakupów. Oczywiście na Legimi nie znajdzie się wszystkiego, ale dostęp do 17 000 książek mi wystarcza. To był rok Legimi!


Ł jak ŁADNE OKŁADKI

czwartek, 5 stycznia 2017

Sadystyczno-harlequinowy pasztet, czyli noworoczny alfabet, cz. 3

H jak powieść HISTORYCZNA Takich klasycznych właściwie nie lubię, ale do Solfatary Macieja Hena od początku ciagnęła mnie jakaś siła tajemna. Zjawisko występujące u mnie dość często, dotyczące najróżniejszych pozycji i wciąż nieodgadnione.

Neapol, XVII wiek, lud burzy się w sposób krwawy, a główny bohater, wydawca pierwszej lokalnej gazety, szeroko relacjonuje nam aktualne wydarzenia, plus wylewnie przedstawia swoją biografię i wplata w to jeszcze mnóstwo innych historii. Wspaniale snuta, soczysta opowieść. Książka gruba aż miło, do leniwego rozkoszowania się. Czyli czytacze akordowcy (52/rok) niech trzymają się od niej z daleka...

I jak najbardziej IRYTUJACA książka roku

wtorek, 3 stycznia 2017

Rzucam Stefana, czyli noworoczny alfabet, cz. 2


E jak EPISTOLOGRAFIA Przez cały rok tylko 1 tom korespondencji, chociaż bardzo lubię tę formę podglądactwa.

Jestem fanką czytników, ale przyznaję, że tu InkBook poległ. Listy niezapomniane pod redakcją Shauna Ushera to książka, która powinna być czytana w papierze. Tradycyjny list wszak ma fizyczną postać, która sama w sobie jest ważną częścią przekazu, i papierowe wydanie książki na pewno lepiej przybliża oryginały niż e-papier.

Ten wychwalany (np. na Wiekim Buku) zbiór korespondencji nie porwał mnie jednak też z drugiego powodu na ogół nie miałam żadnego stosunku emocjonalnego do korespondentów. Gdyby przepis na ciasteczka wysłała, dajmy na to, Anda Rottenberg do Zdzisława Beksińskiego, przejęłabym się, może nawet wypróbowała przepis. Ale jakaś królowa angielska do jakiegoś prezydenta USA? A co mnie to!

Podczas lektury korespondencji Gai i Jacka Kuroniów, zaplanowanej na 2017, obojętność raczej mi nie grozi.



F jak FANTASTYKA (a konkretnie SF)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podejrzane kobiety, czyli noworoczny alfabet, cz. 1

Blogowo rok 2016 niemal mi przepadł (Tu chylę czoła przed blogującymi mamami z rodzin 3+. Chylę, choć z drugiej strony wydają mi się te kobiety coraz bardziej podejrzane... Pewnie brudne okna mają. Albo z nikim nie sypiają. Na czymś muszą zaoszczędzić czas na pisanie!), ale zaskakująco ciekawie wypadł czytelniczo. Nawet niechcący zaliczyłam wyzwanie "52 książki w rok". Z tego wyzwanie chętnie się podśmiewam i nazywam "czytaniem na akord", a teraz się jeszcze okazuje, że można je machnąć mimochodem z niemowlęciem przy piersi.

Zapraszam na alfabetyczne podsumowanie minionych 12 miesięcy:

sobota, 13 sierpnia 2016

Katarzyna Bratkowska, Kazimiera Szczuka „Duża książka o aborcji"

http://aros.pl/ksiazka/duza-ksiazka-o-aborcji-2?abpid=1331&abpcid=156
Zawsze, gdy czytam książkę-na-ważny-temat-polaryzujący-opinię-społeczną, zastanawiam się, czy czasem nie sięgają po nią niemal wyłącznie osoby już przekonane, prezentujące to samo stanowisko, co autorzy. Dużą książkę o aborcji prawdopodobnie z daleka obchodzą tzw. obrońcy tzw. życia poczętego, tak jak ja ani myślę czytać pozycji w stylu Cała prawda o aborcji czy Dlaczego antykoncepcja niszczy małżeństwo, rodzinę i cywilizację. Czy gdzieś te dwa stanowiska mogą się spotkać? Czy w sprawach tak fundamentalnych jak aborcja którakolwiek ze stron jest w stanie znaleźć przełomowe, niezbijalne i nieznane adwersarzom argumenty? Czy jest możliwy, zwłaszcza prawny, kompromis bez przymiotnika „zgniły"?

Chociaż autorki we wstępie jasno się deklarują jako zwolenniczki pro-choice, przekonywanie kogokolwiek nie jest głównym celem Bratkowskiej i Szczuki.  Książka została napisana z myślą o nastolatkach zwłaszcza o dziewczynach w nieplanowanej ciąży ich rodzicach, pedagogach. Opisuje fakty biologiczne, medyczne, prawne, społeczne, które powinien znać każdy, zanim otworzy buzię, by rozprawiać na temat aborcji. Jest to też bezcenne źródło wiedzy dla osób, u których ta tematyka niespodziewanie przeniosła się ze sfery debaty do bolesnej rzeczywistości.

Publikacja ma za zadanie wesprzeć osoby stojące przed nieraz piekielnie trudną decyzją. Opisuje możliwe rozwiązania i konsekwencje dokonanego wyboru. Autorki przestrzegają przed desperackimi krokami. Ciężkiej tematyce dobrze robi bezpośredni, zaangażowany i pełen troski język, dynamiczna forma książki i grafiki rozbijające tekst.

Różnie bywało z serią Bez Tabu (o czym pisałam tutaj) tu z przyjemnością stwierdzam, że jest bardzo fajnie. Rzetelna pozycja mam nadzieję, że nie zdezaktualizuje się nam teraz nagle a fundamentalnie.

Moja ocena: 5/6
BiblioNETka: 4,77/6


Duża książka o aborcji /  Katarzyna Bratkowska, Kazimiera Szczuka, wyd. Czarna Owca, 2011.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Pakiecik i pasztecik, czyli 7 wspaniałych książek dla maluszka i 1 niewypalik

Pierwszej biblioteczki z definicji nie da się odziedziczyć po starszym rodzeństwie, bo dobra książka dla maluszka to taka, która zostaje zaczytana na strzępy. Dlatego najmłodszej latorośli pieczołowicie (jak mi się zdawało) wybrałam zupełnie nowy poniższy pakiecik startowy.


Chciałam, by córeczka dostała książki, które również dla mnie w większości będą nowościami. W końcu te najcudowniejsze, zdaniem dziecka, pozycje czyta się wielokrotnie i intensywnie, oh, jak je się czyta, po stokroć się czyta! Zdecydowanie nie miałabym nerwów, by po raz trzeci wałkować dokoluśka Kamyczka. Obkukując rynek książki dziecięcej w poszukiwaniu skarbów, kierowałam się recenzjami z blogów i zestawieniami z rozmaitych portali. Ta strategia, jak zwykle, była całkiem skuteczna, ale jeden zbuk się i tak trafił. Zostawię go na koniec wpisu, oczywiście.

środa, 27 lipca 2016

Heidemarie Brosche „Przyszłość świetlana szkolnego tumana. Poradnik dla zatroskanych rodziców"

Bardzo lubię wydawnictwo Czarna Owca. Może nie są tytanami okładek i ktoś tam zanadto lubi rymować w tytułach, ale jest to prawdopodobnie najodważniejsza oficyna w naszym kraju. Dość wspomnieć recenzowane na tym blogu książki Puszczalscy z zasadami, Boga przecież nie ma, Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią.

Tym razem bez obyczajowych kontrowersji, za to temat, który wielu spędza sen z powiek: niepowodzenia szkolne naszych dzieci. Dotychczas nie należałam do zatroskanych rodziców, ale po lekturze zaczynam się martwić, że moje dziecko radzi sobie w szkole... zbyt dobrze! Autorka, była nauczycielka, tak zgrabnie prowadzi argumentację, że w połowie książki złapałam się na myśli, czy aby nie wyhodowałam na własnej piersi oportunistki bez ikry?

Serio, gdybym miała w domu marnego ucznia, napisałabym do pani Brosche list dziękczynny. Bo książka utwierdza nas w przeczuciu, że z sukcesem szkolnym jest mniej więcej tak, jak z dobrymi wynikami w testach na inteligencje. Wysoki wynik w teście świadczy w pierwszej kolejności o tym, że jesteś dobry w rozwiązywaniu testów. I tak samo świadectwo z paskiem sobie, a życie sobie. Według badań dobre oceny mają się nijak do osiągnięć w dorosłym życiu. Brosche zwraca też uwagę, że niektóre cechy, które utrudniają poddanie się rygorowi szkolnemu, np. indywidualizm, krytyczne myślenie, samodzielność, są przecież w życiu przydatne i cenione.

Generalnie tradycyjna szkoła to tortura, nasze mózgi nie lubią zakuwać. Te maszynki są wszak przystosowane do rozwiązywania problemów. Kurczę, aż sprawdziłam, że szkoła waldorfska nie tak daleko od nas... I cholera, tam oczywiście może być obiad wegetariański, a w publicznej szkole szkoda gadać...

Moja ocena: 4,5/6
BiblioNETka: 4,5/6


Przyszłość świetlana szkolnego tumana. Poradnik dla zatroskanych rodziców / Heidemarie Brosche, tłum. Barbara Niedźwiecka, Czarna Owca, 2014.


niedziela, 24 lipca 2016

Czytnik inkBook Obsidian vs Kindle Classic

Kilka miesięcy temu spędziłam interesujący tydzień na oddziale poporodowym, dzieląc pokój z panią J. J., szybko przeszłyśmy na ty, okazała się przemiłą osobą, ale synka, niebożę, nazwała Alan. By nie musieć ściemniać, co sądzę o tym pysznym wyborze, zadałam uprzejme pytanie, czy pisze się przez jedno, czy przez dwa "L". Przez jedno. Nie lubię wydziwionych imion."

czwartek, 21 lipca 2016

Legimi, czyli (niemal) pełne książkowe nasycenie

Skusiłam się na Czytelnię Playa w Legimi. Jak na abonament bez limitu cena jest bardzo przyjemna. Do tego, gdy przedłużasz umowę z siecią komórkową, zamiast nowego telefonu możesz wybrać czytnik. A komu tam potrzeba babrać się w nowym telefonie, przenosić kontakty i opanowywać dziwne funkcje życie jest zbyt krótkie. Czytnik + tani abonament na e-booki to zdecydowanie sensowniejsze rozwiązanie. Ale go nie polecam!

czwartek, 14 lipca 2016

Pere Romanillos „Wielkie błędy człowieka" i wydawnictwa PWN

http://dadada.pl/wielkie-bledy-czlowieka-romanillos-pere,p78057?abpid=1331&abpcid=92
Trzymam w ręce pozycję nieprawdopodobną. Aż zajrzałam na koniec, czy nie ma tam napisu od redakcji „No dobra, robimy sobie jaja! Z fantazją wydaliśmy książkę o błędach, która zawiera mnóstwo błędów, ha, ha!". Ale nie, nic takiego tam nie ma. W takim razie PWN to coś popełnił w pijanym widzie.

Konkretnie była to chyba damska bibka, bo do dzieła niechlujnie przyłożyły ręce wydawczyni, tłumaczka, redaktorka, korektorka i producentka [sic!]. Ten doborowy zespół koncertowo spieprzył rzecz wydawałoby się prościutką. Ta książka jest wszak krótkotekstowym, za to wieloobrazkowym przeglądem mniej lub bardziej tragicznych w skutkach wtop znanych z historii. Od Hannibala przekraczającego Alpy (40 tys. ofiar) poprzez katastrofę Challengera (siedem ofiar), po rezygnację z promocji M&M'sów w filmie E.T. (liczba ofiar nieznana).

Już śpieszę z przykładami błędów (zastrzegając, że zdzierżyłam do jakiejś 150 strony i możliwe, że dalej jest jeszcze śmieszniej):
  • Pod przywództwem Agamemnona 15 tys. wojowników na pokładzie 3000 okrętów..." - wypada po pięciu ludzi na jeden statek.
  • Pierwsza wojna punicka (264-241 p.n.e.) zakończyła się szybkim zwycięstwem Rzymian... - dwadzieścia trzy lata, po prostu wojna błyskawiczna.
  • Hitler był totalitarystą, ha!
  • Ziemia czy Słońce? Co znajduje się w centrum wszechświata? Wydaje się, że dopowiedź jest prosta... - bez komentarza.
  • Fresk z kościoła w Anagni jest opisany jako... mural!
  • Panie też nijak nie mogą zapanować nad datami. Mnóstwo jest błędów typu Pod koniec XIX w. Benjamin Rush (1745-1813)...
Można oczywiście na sytuację, gdy w tego typu książce co kilka stron pojawiają się grube błędy, spojrzeć pozytywnie i np. się zabawić w znajdywanie jak największej liczby kwiatuszków. Jednak wydawca, zwłaszcza mający naukę w nazwie, powinien w ramach rekompensaty dla czytelników popełnić seppuku.

Moja ocena: 1/6
BiblioNETka: 2,5/6


Wielkie błędy człowieka / Pere Romanillos, tł. współwinna Agata Duran, Wydawnictwo Naukowe (aha!) PWN, 2011.

niedziela, 10 lipca 2016

Monika Żeromska „Wspomnień ciąg dalszy"

http://dedalus.pl/Wspomnien-ciag-dalszy-Monika-zeromska-
Monika Żeromska malarka znana jako pisarka, trochę snobka (przez lekarza bez profesorskiego tytułu badana była chyba tylko w czasie powstania warszawskiego), trochę wariatka, paniusia, która lubiła zakasać rękawy i czerpać z życia pełnymi garściami, w drugim tomie wspomnień (w sumie wydała pięć książek autobiograficznych) wspomina młodość, która przypadła na lata okupacji i stalinizmu. Zawsze w wirze wydarzeń, zawsze w ruchu. Dostawała wszystko, na co miała ochotę, i wchodziła wszędzie, gdzie chciała, bo nazwisko Żeromska otwierało wszystkie drzwi i większość serc. A to dlatego, że jak wspomina Joanna Olczak-Ronikier w książce Wtedy jej papa, Stefan Żeromski, był przez długie lata najbardziej kochanym przez Polaków pisarzem.

Monika nie odżegnywała się od słynnego ojca. Wręcz przeciwnie chętnie przecinała wstęgi i przyjmowała od władz mieszkania. Ale też ilustrowała książki Żeromskiego i mnóstwo energii poświęciła na ratowanie jego literackiej spuścizny w czasie wojny. Jednym z najciekawszych wątków książki jest zabezpieczanie, ukrywanie, a następnie tylko po części udane odszukanie i rekonstruowanie jego rękopisów. Na ogół kompletnie nie uświadamiamy sobie, jak wiele polskich dóbr kultury ocalało podczas II wojny światowej tylko dzięki olbrzymiej determinacji chroniących je ludzi. A i ta determinacja bez odrobiny szczęścia by nie wystarczyła. Więc gdy dziś za bezcen możemy sobie kupić tomy korespondencji Żeromskiego ze Skłodowską-Curie i Sienkiewiczem, pamiętajmy o Monice i św. Antonim, którzy nie szczędzili trudu.

Podstawowe pytanie jednak brzmi, czy Żeromska umiała pisać? Ba, i to jak umiała! Prawdopodobnie lepiej niż szanowny ojciec. Przykładowo od opisu powstania warszawskiego nie sposób się oderwać! (Choć to może nienajlepszy przykład, bo powstanie to literacki samograj. No, ktoś sobie przypomina kiepski literacko opis powstania?) Jej pisarstwo wydaje się idealnym odbiciem charakteru Żeromskiej   jest tam i entuzjastyczne zaangażowanie, i dystans, i pogoda ducha. A jeśli chodzi o niecodzienne informacje i wydarzenia, to jest to jedna z tych książek, przy których co kilka stron wykrzykujesz "O, kurczę!", czy jak tam lubisz zwerbalizować zaskoczenie, radochę lub niedowierzanie.

Moja ocena: 5/6
BiblioNETka: 4,65/6


Wspomnień ciąg dalszy / Monika Żeromska, wyd. Czytelnik, 2007.

PS. Bardzo lubię takie żywiołowe postaci jak Żeromska (na tej samej zasadzie odczuwam nieco irracjonalną sympatię dla Dody, serio). Ale w Czytelniku to jej chyba nie lubią strasznie licho ją wydali, z badziewną okładką. Tak ładnie podany kawał historii polskiej inteligencji zasługuje na coś lepszego. Kupiłabym.

wtorek, 5 lipca 2016

Sara Shilo „Krasnoludki nie przyjdą" – czyżby najlepsza seria beletrystyczna?

https://www.inbook.pl/p/s/478477/ksiazki/proza/krasnoludki-nie-przyjda?abpid=1331&abpcid=67&rdir=a4b&lkst=77699
Monika Żeromska we wspomnieniach z lat 1939-1956 pisze, że wojna otaczała ludzi zewsząd, wdzierała się wszędzie. Po zaledwie kilku miesiącach okupacji czuło się, jakby przykrywała człowieka niby żelazna, ciężka, dusząca pokrywa.

Bohaterowie Krasnoludków nie znają innego stanu tylko wojnę. Żyją na przygranicznych terytoriach Izraela. Wojną są przesyceni, całkowicie przeżarci. Podporządkowali ostrzałom rakietowym całe życie, barykadują na noc domy i śnią w nich o terrorystach.

środa, 15 czerwca 2016

Mariusz Urbanek „Tuwim: Wylękniony bluźnierca", czyli nie poprzestawaj na satyrze

https://www.inbook.pl/p/s/549489/ksiazki/biografie/tuwim-wylekniony-bluznierca?abpid=1331&abpcid=67&rdir=a4b&lkst=77699
Nie jest Urbanek Joanną Olczak-Ronikier. Taki życiorys wziął na warsztat, a mi ani razu serce nie drygło, nie mówiąc o łkaniu w głos.

Nie jest Urbanek tym bardziej Anną Bikont, ani Joanną Szczęsną – nie osiągnął mistrzostwa w dociekaniu motywacji swoich bohaterów. Po przeczytaniu 360 stron biografii, wciąż pozostaje dla mnie zagadką zwrot księcia poetów ku komunizmowi. Więcej dowiedziałam się z trzech stron książki Lawina i kamienie: Pisarze wobec komunizmu arcyduetu Bikont & Szczęsna.