Niemniej niekrakowian też namawiam na lekturę, bo raz że o Krakowie jest głównie pierwszych 60 stron, a dwa – faktycznie artysta życiorys ma niebywały. Taki, o którym zwykło się mówić, że można by nim obdzielić kilka osób. Piękny człowiek. Z tych, co to trzymają się większości przykazań prof. Leszka Kołakowskiego:
A poza tym:
Cieszyć się pięknem.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.

Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.
Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się trudnym do ogarnięcia koszmarem, którego echo nadal czasem powraca, nie tylko przy podwijaniu rękawa. Zdumiewające, że z ciemności Shoah można przejść w pełny blask. Stało się to możliwe dzięki niezrównanym rodzicom przyszłego fotografa (w książce znajdziemy klarowny przepis jak wychować wolnego, poszukującego, radosnego ducha), oddanym pedagogom (o których autor pisze z miłością i wdzięcznością) i zupełnie nieziemskiemu zestawowi towarzyszy młodych lat. Z kim to się prowadzał Rysiu? Ano między innymi z niejakim Romanem Polańskim, niejaką Romą Ligocką, tudzież Wojciechem Karolakiem czy Adamem Holendrem (przyszłym operatorem takich tam filmików – Nocny kowboj, Brooklyn Boogie itp.).
Większość wspomnień dotyczy jednak dorosłego życia w Stanach, rozwoju Horowitza jako artysty. I tu szczęśliwie autor znalazł równowagę między opisem życia prywatnego i zawodowego, zmieścił i mnóstwo ciekawostek na temat fotografii, zwłaszcza swojej indywidulanej techniki, jak i anegdot środowiskowych.
By było jeszcze lepiej, książka hojnie jest okraszona słynnymi fotokompozycjami. Patrzyłam na nie z niedowierzaniem, gdy autor uświadomił mi, że powstawały one w epoce fotografii analogowej, a więc bez użycia komputera i technologii cyfrowej! Więc gdy ktoś mi powie, że to nie jest sztuka, usłyszy "A idźze, idźze..."
Moja ocena: 5,0/6
BiblioNETka: 5,13/6
BiblioNETka: 5,13/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz